Mieli "umoczyć" kierowcę seicento. Nowe ustalenia w sprawie wypadku byłej premier

Dodano:
Miejsce kolizji rządowej kolumny z Beatą Szydło Źródło: PAP / Andrzej Grygiel
Wraca sprawa wypadku byłej premier Beaty Szydło z 2017 roku.

Jak ustaliła "Rzeczpospolita", śledczy badają dziś nie tylko przebieg samego zdarzenia, ale też możliwe nieprawidłowości w działaniach służb po wypadku. Pojawiają się też poważne sugestie, że odpowiedzialność od początku próbowano przypisać wyłącznie kierowcy seicento.

Śledztwo obejmuje kolejne osoby

Według ustaleń dziennika, ośmiu byłych i obecnych funkcjonariuszy Służby Ochrony Państwa (wówczas Biura Ochrony Rządu) usłyszało zarzuty składania fałszywych zeznań. Chodzi o ich relacje dotyczące tego, czy kolumna rządowa miała włączone sygnały dźwiękowe i świetlne – co decyduje o statusie pojazdu uprzywilejowanego. Z materiałów śledztwa wynika, że sygnałów dźwiękowych nie było. Mimo to funkcjonariusze mieli zeznawać inaczej.

– Generalnie wszyscy wiedzieliśmy, że nie było włączonych sygnałów dźwiękowych. Dla nas to była rzecz oczywista – mówił w 2021 roku funkcjonariusz BOR Piotr Piątek, który jako pierwszy publicznie zakwestionował oficjalną wersję. Jak relacjonował, przed przesłuchaniem usłyszał sugestię: – Piotrek, wiesz, jak było... – podkreślał.

Jak podaje "Rzeczpospolita", to nie koniec. Niewykluczone są zarzuty także wobec policjantów, ich przełożonych oraz prokuratorów prowadzących pierwotne śledztwo. Postępowanie prowadzi Prokuratura Regionalna w Białymstoku. Obejmuje ono kilka wątków, w tym działania służb po wypadku w Oświęcimiu. Jednym z badanych elementów jest sposób przesłuchania kierowcy seicento, Sebastiana Kościelnika. Z ustaleń wynika, że zarzuty usłyszał już siedem godzin po wypadku – wyłącznie na podstawie zeznań osób jadących w kolumnie rządowej.

Wątpliwe przesłuchania i "schematyczne" zeznania

Jak podaje "Rz", audyt przeprowadzony przez zespół Prokuratury Krajowej po wypadku miał wskazać także szereg nieprawidłowości. Jak ustaliła „Rzeczpospolita”, zeznania funkcjonariuszy BOR były częściowo powtarzalne i schematyczne, co może wskazywać na ich kopiowanie. Przesłuchania prowadził jeden policjant z Oświęcimia. Funkcjonariusze mieli być pytani m.in. o "uprzywilejowane sygnały" i "uprzywilejowane światła" – sformułowania, które mogły sugerować odpowiedź. Z kolei kluczowi świadkowie zdarzenia byli przesłuchiwani z opóźnieniem, a później podważano ich wiarygodność.

Najbardziej kontrowersyjne są jednak ustalenia dotyczące kulis decyzji po wypadku. Według rozmówców "Rzeczpospolitej", "sekwencja zdarzeń po wypadku wskazuje, że decyzje o tym, by umoczyć wyłącznie kierowcę seicento w wypadek musiała zapaść na samych szczytach władzy". Podobnie sprawę ocenia były szef BOR gen. Marian Janicki. – Jestem zdruzgotany tą historią. Wygląda na to, że zwyciężyła lojalność nie wobec formacji, ale wobec PiS – mówił.

Funkcjonariuszom, którzy usłyszeli zarzuty, grozi do ośmiu lat więzienia. W przypadku skazania mogą też stracić prawo do emerytur.

Źródło: Rzeczpospolita
Polecamy
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...